Lokalizacja: Strona główna >> Czy wiemy co jemy
Czy wiemy co jemy
Choć urodziłam się i mieszkałam przez długi czas w Krakowie, to wychowałam się na zdrowym jedzeniu. Piłam mleko prosto od krowy, mięso i wędliny mieliśmy od rodziny mieszkającej na wsi, podobnie warzywa i owoce. Właściwie to dwadzieścia kilka lat temu większość ludzi odżywiała się w miarę zdrowo- na półkach sklepowych nie było produktów z konserwantami, bo na półkach sklepowych w ogóle nic nie było poza octem. Jedzenie było doceniane, bo było na kartki, nikt nie wybrzydzał, że szynka ma tłuszczyk, że masło jest słone, że chleb taki, a nie inny. Człowiek wiedział, że jak je chleb to je chleb, a nie spulchniacze, szynka miała smak szynki i nie mieniła się w słońcu kolorami benzyny, mleko miało trwałość jednego dnia bez przegotowania, a jabłko czy marchewkę można było przetrzeć ręką i zjeść bez mycia i obierania. A co ważne- zjedzenie pierwszej, kwaśnej „papierówki” poprzedzone było około trzymiesięcznym okresem „bezjabłkowym”. Teraz w maju można kupić takie „lobo” czy „mekintosza” jakby dopiero ktoś je z drzewa zerwał. W dzisiejszym jedzeniu tyle jest nawozów, barwników, ulepszaczy, spulchniaczy, przyspieszaczy wzrostu, że często z zamkniętymi oczami trudno odgadnąć co się je. Zamiast w polu, na drzewie produkty rosną w probówkach. Wszystko trzeba dokładnie myć i wyparzać, przydatność do spożycia jest bardzo długa dzięki różnym E-102, E-110, E-210, 249, 250. 20 lat temu na targu szukało się dorodnych marchewek, teraz im mniejsze – tym lepsze- bo pewniejsze, że urosło bez pomocy chemii. By zachęcić do kupna sprzedawcy wołają „Pani weź moje, sama uchodowałam, bez nawozów”, „Droższe ale za to lepsze bo zdrowe bez oprysków”. Problem w tym, że to wszystko jest jedno wielkie kłamstwo: bez nawozów i oprysków nie urośnie teraz nic!! Cztery lata z rzędu próbowałam wyhodować własne ogórki i pomidory- mąż wydzielił mi kawałek ziemi, na której postawił niewielką folię. Przygotował mi wszystko odpowiednio- kupił lepszą ziemię, wymieszał z „kurzenicą” (nawóz od kur)a ja zasiałam ogórki i włożyłam sadzonki pomidorów. Postanowiłam podlewać tylko wodą i pokrzywami (tak mi doradzono). Brak plonów w pierwszym i drugim roku zrzuciłam na brak umiejętności, teraz już nie bawię się w ogrodnika, bo wiem, że bez oprysków nic nie urośnie- nawet jak doczekałam się raz kwiatów to owoców już niestety nie- po prostu przychodzi choroba atakująca najpierw liście, jeżeli w miarę szybko nie zastosuje się odpowiedniego oprysku, to nie ma co liczyć na plony. Już nie dam się nabrać na placu na wołanie: „weź moje Pani jest bez oprysków”.
Tagi: smaki, potrawy